Dimosthenis Papamarkos – DO T’ A PRES KOTSSIDETE

Dimosthenis Papamarkos urodził się w 1983 r. w Malesinie. Zadebiutował w 1998 r. Do tej pory ukazały się dwie jego powieści oraz dwa zbiory opowiadań. Opowiadanie, które dziś publikuję, jest jednym z dziewięciu genialnych (moim zdaniem) tekstów, które autor zamieścił w zbiorze Gjak. Od 2014 r., kiedy zbiór się ukazał (wydawnictwo „Antipodes”), twórczość Papamarkosa niezmiennie pozostaje przedmiotem dyskusji, a książka wciąż należy do najczęściej kupowanych. Obecnie w księgarniach znajduje się jej 27. wydanie (w Grecji zazwyczaj oznacza to 27 tys. egzemplarzy), co na rynku greckim jest prawdziwym sukcesem. Zbiór zdobył nagrodę dla najlepszego zbioru opowiadań/noweli czasopisma „www.oanagnostis.gr” oraz nagrodę Fundacji Petrosa Charisa. Na podstawie opowiadań już zostały zrealizowane dwa spektakle teatralne, oba cieszące się ogromnym powodzeniem.

Ponieważ Gjak należy do moich ulubionych książek, od początku istnienia bloga wiedziałam, że jedno z opowiadań zbioru musi tu trafić. Niestety sporym problemem jest język, w jakim został on napisany, a mianowicie, język grecki mówiony (akcja opowiadań zazwyczaj rozgrywa się na wsi, kilka lat po walkach w Azji Mniejszej, a więc w latach 20.-30. XX w.) zmieszany z albańskim dialektem „arwanitika”. Różne są teorie na temat przekładu tego typu tekstów, sama nie wiem, ile lepszych i gorszych wersji prezentowanego tu opowiadania stworzyłam. Ostatecznie pozostawiam Wam wersję bez prób wprowadzania elementów jakiegokolwiek dialektu, ponieważ miałam wrażenie, że tekst brzmi wówczas sztucznie. Jeśli ktoś z Was zajmuje się przekładem, ma ochotę zmierzyć się z tekstem i zaproponować własną wersję, z przyjemnością prześlę oryginał!

Zbiór przyciągnął uwagę zarówno krytyków, jak i czytelników już dzięki obco brzmiącemu, również dla greckiego odbiorcy, tytułowi. Otwiera go słownikowe wyjaśnienie pojęcia gjak. Słowo to w języku albańskim oznacza: 1) krew, 2) związek pokrewieństwa, pokrewieństwo krwi, 3) morderstwo, które zostaje dokonane, jako forma zemsty, 4) rasa. W opowiadaniach zawartych w zbiorze odnajdujemy wszystkie znaczenia tego słowa.

Ponieważ w tekście pojawia się kilka zwrotów w obcym języku, a pamiętam, że nie czytało Wam się dobrze tekstów z przypisami pod tekstem, wyjątkowo przypisy wstawiłam w nawiasach kwadratowych. Mam nadzieję, że takie rozwiązanie ułatwi czytanie.

I jeszcze kilka dodatkowych informacji, które z pewnością ułatwią zrozumienie opisanej w opowiadaniu historii. Arwanici, którzy zostali bohaterami tekstów Papamarkosa, znani są z zasad postępowania określanych przez Kanun. Na greckich terenach zamieszkałych przez Arwanitów Kanun nigdy nie nabrał mocy prawnej, tak jak stało się to w Albanii, ale był on przestrzegany jako tradycyjny zbiór zasad. Centralne miejsce w Kanunie zajmuje właśnie słowo gjak (krew) oraz słowo vendetta (prawo i obowiązek krwawej zemsty). Zgodnie z Kanunem w przypadku morderstwa rodzina zamordowanego powinna dążyć do oddania krwi przez mordercę lub jego rodzinę; śmierć jednego mężczyzny równoważona jest śmiercią mordercy lub innego mężczyzny z jego rodziny. Kobieta natomiast uważana jest za krewnego „półkrwi”. Za jej śmierć płacono odpowiednim zadośćuczynieniem, chyba że padła ona ofiarą gwałtu, wtedy karą była krew sprawcy (śmierć). W tekście znajduje się także słowo wlamis, które teoretycznie mogłoby zostać przetłumaczone jako przyjaciel, ale u Arwanitów nie był to zwykły przyjaciel. Ponoć często mężczyźni przysięgali sobie przyjaźń w kościele i rzeczywiście była to przyjaźń na całe życie; wlamis traktował swojego przyjaciela jak brata, a jego rodzinę jak własną.

Tytuł opowiadania stanowi wers jednej z najbardziej znanych miłosnych piosenek Arwanitów i można go przetłumaczyć: „Utnę ci warkocze”.

 Projekt bez tytułu (2)

[photo by: Πάρις Ταβιτιάν]

Dimosthenis Papamarkos

DO T’ A PRES KOTSSIDETE

Adonisie, jak pytasz, to powiem. Tak trzeba, jestem w twoim domu i proszę, o co proszę. Ale daj słowo, że to wszystko zostanie o tu, na tym stole. Ja, ty i nikt więcej. Nie dlatego, że się wstydzę. Ale lepiej, żeby się ludzie nie dowiedzieli. Inaczej przestaniemy nad tym panować. Bądź cierpliwy, a zrozumiesz.

Sirmo, moją siostrę, pamiętasz. Tak, czekaj, nie dlatego o niej mówię. Daj mi mówić. Sirmo i ja, jak wiesz, byliśmy najmłodsi. To znaczy, był i Christoforos, ale zmarł jeszcze jako dziecko, roczek czy dwa, świeć Panie nad jego duszą, ani nie zdołaliśmy zaliczyć go do rodzeństwa. Sirmo była mi najbliższa ze wszystkich. Widzisz, Stamatisa i Wasilisa mama miała wcześniej i zanim urosłem, oni byli już mężczyznami gotowymi do żeniaczki. Najmłodsi byliśmy my. Ja i Sirmo. Była cztery lata ode mnie starsza, no i była dziewczyną, ze wszystkich to ona najbardziej się mną zajmowała. To znaczy, dosłownie mnie wychowała. Mama i ojciec szli do roboty ze wszystkimi, z tymi starszymi, i mnie zostawiali z siostrą, bo i babcia, świętej pamięci, zaczęła wtedy tracić wzrok i raczej jej nie ufali. Kiedy pamiętam siebie małego, pamiętam i Sirmo, jak dawała mi jeść, myła mnie, czyściła, kładła spać. A nie byłem łatwym dzieckiem. Marudny i kapryśny. Wszystko robiłem, marudząc. Ale ani razu na mnie nie nawrzeszczała, ot tak, żeby pokazać, że sama jest jeszcze dzieckiem, do diabła z tym. Wszystko po dobroci, zawsze cierpliwie. Mój Takulisie i mój Takulisie,  tak do mnie mówiła. Jak mama. Wyobraź sobie, raz jak mnie mama dorwała i lała mnie, ani nie wiem za co, Sirmo weszła między nas i mówi, mamo, zostaw, to dzieciak jeszcze, nie wie, co robi. I ją mama dopadła, i jej się oberwało. Tylko go judzisz, mówi jej. A Sirmo, kochana moja, ani nie pisnęła. I kiedy wieczorem położyliśmy się jedno obok drugiego, objęła mnie i powiedziała, nie martw się, Takulisie, duża już ze mnie dziewucha, nie czuję bólu, kiedy mama mnie leje. O! na krzyż przysięgam, tak mi powiedziała. I co? I z niej mała dziewczynka była. Jakieś dwanaście, trzynaście lat mogła mieć wtedy. Taka rezolutna dobra dusza z niej była, jak dorosła kobieta. Nawet pamiętam ciotkę Dinę, jak mówiła mamie, Pagono, ta tutaj jest tyle warta, że sami ci posag dadzą, zamiast o niego dopytywać. Co tu dużo mówić, jako mały dzieciak cały czas za nią biegałem. Jedną ręką coś robiłem, a drugą szukałem, jakby chwycić się jej fartucha. Kiedy zacząłem mężnieć, dalej cały czas przy Sirmo. Tak że bierze mnie jednego dnia i mówi, No dalej, leć się pobawić z kolegami. Dziewczyna z ciebie, że cały czas unikasz roboty i kręcisz się tu przy krośnie? Dotknęło mnie to, co powiedziała, tak że ani się do niej nie odezwałem. Ja, który jak pies nie zostawiałem nic bez odpowiedzi. Ale widzisz, zrozumiałem, że powiedziała to z miłości. W końcu i ona stała się dziewczyną gotową do zamęścia, i ja młodym mężczyzną, i nadal nierozłączni. I mówiła świętej pamięci mama, że nawet jeśli dziś umrę, będę spokojna, że dzieci tak w zgodzie żyją i jedno może liczyć na drugie. Bo, Adonisie, dorosłem i stałem się mężczyzną, dzięki Sirmo.

No więc jednego wieczora wracam z Liumili, gdzie poszedłem napoić zwierzęta. Wchodzę do domu i z przyzwyczajenia, zanim jeszcze otworzę porządnie drzwi, wołam Sirmo, żeby nakładała mi jedzenie. Nie słyszę odpowiedzi, wołam jeszcze raz. Nic. Patrzę. Dom pusty. Ani Sirmo, ani mamy, ani ojca. Wychodzę znowu na podwórze, znowu wołam, znowu nic. No to ruszam i patrzę w stodole, w wychodku, wszędzie, gdzie przyszło mi do głowy i nie tylko. Mówię sobie, jak to, noc już, a w domu nikogo? Idę i pukam do drzwi ciotki obok, i tam nikogo. Nieco dalej, w kolejnym domu, nic. Zaniepokoiłem się. Mętlik w głowie. Co takiego złego się stało, że nikogo nie ma w domu. Mówię, nie wyobrażaj sobie najgorszego, coś jest na rzeczy, ale wrócą. Późna już godzina, niedługo będą z powrotem. Ale ściemniło się na dobre i nadal nikogo. I wtedy, kiedy stoję i myślę, czy by nie iść do kafenijo i popytać, zobaczyć, czy nie stało się coś strasznego, czy ja wiem, na przykład wszyscy są w kościele, słyszę, jak otwiera się brama na podwórze i wchodzi ojciec z braćmi, za nimi mama z wujkiem, a jeszcze za nimi Wasilis i Stamatis z żonami. Co by dużo nie mówić, niemal cała rodzina i wszyscy z głowami spuszczonymi, jak na pogrzebie. Widziałeś Sirmo, pyta ojciec, zanim jeszcze zdążę coś powiedzieć. O co chodzi? Sirmo wyszła o świcie, żeby iść do źródła i przynieść wodę. Ja cały dzień w Liumili byłem. Czemu miałbym być z Sirmo? I wtedy mi mówi, że Sirmo od rana nie ma. Kiedy widzieli, że się spóźnia, pytali tu i tam, ale nikt jej nie widział i aż nie zrobiło się ciemno, szukali jej. Do źródła poszli, do Panagiji, aż do Chuni dotarli, ale Sirmo nigdzie nie było. Zakręciło mi się w głowie, kiedy to usłyszałem. Zdenerwowany zaczynam się drzeć. To co tu siedzisz, starcze, mówię do niego. Moja siostra zaginęła, a ty wracasz do domu? Weź dwie pochodnie i idziemy, i żaden niech nie wraca zanim Sirmo się nie znajdzie. Miałem wtedy szesnaście lat i uważany byłem za mężczyznę, ale ilu lat bym nie miał, wiesz lepiej ode mnie, że tak się do ojca nie odzywasz. Ale nic mi nie powiedział, ani on, ani nikt z pozostałych, choć normalnie już by mnie lali za to, że odzywam się bez ani odrobiny szacunku. Widzisz, miałem rację, no i wiedzieli, jak bardzo kochałem Sirmo. Zaczęli mnie jedynie pocieszać i mówić, że nie ma sensu wychodzić w nocy. Powiedzieli wlamisowi mojego brata Wasilisa, który był myśliwym i miał psy, że z samego rana zaczną się znowu poszukiwania i nie zostanie ani jeden kamień, pod którym nie sprawdzą, dopóki nie znajdą Sirmo. Usiedli później i nakryli do stołu, choć nikt nie miał apetytu i nikt nic nie mówił, jedynie gadali, gdzie trzeba znowu rano szukać i kto gdzie zacznie. Ja ani nie jadłem, ani nie gadałem, tylko myślałem, a myślałem, co się takiego stało, że Sirmo nie wróciła. I do głowy przychodziły mi straszne rzeczy! Ale nie mogłem w nie uwierzyć i w końcu powiedziałem, pewnie coś jej się stało w nogę, wiedziała, że nie da rady szybko wrócić, i znalazła gdzieś miejsce, żeby poczekać, aż ją znajdziemy. I tak trochę się uspokoiłem i zasnąłem.

Obudziłem się wcześnie o świcie, pierwszy ze wszystkich, i zacząłem się drzeć, żeby wstawali i żeby nie tracić więcej czasu. Wasilis poszedł po wlamisa i jego psy i wyszliśmy wszyscy razem, ruszyliśmy z czterech stron wsi. Kiedy słońce porządnie się rozgrzało, ja, Stamatis i wujek Nikos dotarliśmy już niemal do Limiona, a po drodze nie zostawiliśmy ani jednego miejsca niesprawdzonego. Powiedzieliśmy, że dotrzemy do morza, przejdziemy całą plażę i skończymy, dotarłszy do Aj-Lia, i tam spotkamy ojca razem z moim innym bratem, Fanisem, i zobaczymy, czy ktoś znalazł Sirmo. I tak właśnie zrobiliśmy, ale kiedy dotarliśmy do Aj-Lia, nie znaleźliśmy nikogo. Siedzimy i czekamy, znowu omawiamy miejsca, w których będziemy szukać dalej, ale mija godzina, południe wybija, a ani dusza się nie pojawia. Wujek mówi, chodźmy w górę, tam, gdzie oni szukają, spotkamy ich po drodze.

Raz dwa ruszamy, ścieżką za Aj-Lia z psem, który idzie przed nami przez cały czas, a my zaglądamy do każdego zakamarka. Na rozstaju dróg, gdzie w końcu docieramy, tam, gdzie jedna prowadzi do wsi, a druga do monastyru, słyszymy, że zza wzniesienia dochodzą jakieś głosy. Pies zaczyna szczekać, zaczynam biec w kierunku tego miejsca i kiedy wchodzę na górę, widzę ojca i jeszcze innego wujka, jak siedzą pochyleni, w połowie zasłonięci krzakami. Biegnę i kiedy jestem gotowy się na nich nadrzeć, że marnują czas, widzę Sirmo. Leży na plecach z twarzą zakrwawioną. Ojciec ściągnął kurtkę i rzucił ją na jej ciało, a wujek zaraz obok trzyma w rękach jej dwa odcięte warkocze, które zwisają jak dwa zdechłe węże. Leć do wsi – mówi wujek, przyprowadź konia, przynieś jakąś narzutę i powiedz lekarzowi, żeby tu przyszedł. W tej samej chwili, kiedy mi to mówi, biorę nogi za pas i pokonuje drogę na jednym oddechu. Zanim wróciłem, zebrali się wszyscy pozostali, z daleka słyszałem płacz mamy i zawodzenie psów. Schodzę z konia i odsuwam wszystkich, żeby lekarz mógł przejść, i razem z nim padam obok Sirmo i patrzę, jak zaczyna ją delikatnie dotykać i badać. Mówiłem do siebie, Matko Boska zrób wszystko, żeby żyła, żeby było dobrze, a obiecuję, że pójdę na zakonnika. Niech tylko Sirmo wyzdrowieje. Ale nie było jej to pisane. Lekarz mówi, dziewczyna ledwo dycha. Jej głowa i wszystko w środku to miazga. Jest w okropnym stanie i ani ona sama się nie wyleczy, ani ja nic nie mogę zrobić. To cud, że znaleźliście ją żywą, ale jeśli ją uniesiecie, żywa do wsi nie dotrze Jeśli chcecie, zrobię jej zastrzyk, żeby nie czuła bólu, ale zostawcie ją tutaj, nie męczcie jej już więcej.

Usiedliśmy, głaskaliśmy ją, obejmowaliśmy, i pocieszenia nie mogliśmy znaleźć w tym, że była w naszych rękach, bo mimo że jeszcze żyła, opłakiwaliśmy ją, jakby już martwa była. Nie mogłem nic z siebie wydusić, jedynie chustą chłodziłem jej twarz i kiedy zaczęła się rzucać przez upał i z bólu, pocałowałem ją i powiedziałem, ach mamo, ach serce moje, nie męcz się więcej. Odejdź, odpocznij sobie. Jakby mnie słyszała, Adonisie, kiedy patrzyłem jej w oczy, jakby mnie rozumiała, bo ona miała mnie za syna i znała mnie dobrze. I wtedy wzięła jeszcze jeden oddech i zrzuciła z siebie ten ciężar. Podnieśli mnie razem z nią, bo nie mogłem ustać na nogach, i nic więcej nie pamiętam z powrotu, jedynie tyle, że szedłem obok konia i trzymałem ją za rękę, i im dłużej szliśmy, tym zimniejsze były jej drobne palce.

Reszty nie ma sensu, żebym ci opowiadał. Za każdym razem, kiedy sobie to przypominam, staję się od nowa sierotą. Ale wiesz, że powiedzieli, że Sirmo nie przewróciła się i nie uderzyła się. Ktoś ją spotkał po drodze, kiedy szła, i ją zhańbił. To jest pewne. I kiedy uznał ją za martwą, uciął jej warkocze i rzucił je w krzaki nieco dalej. Tam znalazł je wujek. No więc kiedy się o tym dowiedziałem, przysiągłem znaleźć mordercę. Wróciłem do miejsca, gdzie porzucił siostrę, chwyciłem kamień, o który opierała się jej głowa, i przysiągłem na ten kamień, że zabiję tego zwyrodnialca i ukryję tak, żeby nie znalazły go nawet zwierzęta. Tak jak on zrobił z Sirmo.

Przez dwa lata między śmiercią siostry a tym, kiedy przyszła moja kolej, żeby jechać na front, mój umysł się nie uspokoił. Chodziłem na łąki, do gajów oliwnych, z owcami, do kafenijo, do kościoła i tylko zaczajałem się i patrzyłem dookoła, żeby dostrzec jakiś dziwny nawyk, podsłuchać jakąś potajemną rozmowę i może dowiedziałbym się, kto jest mordercą. Bracia powiedzieli, że to nie był miejscowy, że nikt ze wsi nie zrobiłby nic tak złego. Żebym odpuścił tę boleść, bo tylko mnie zniszczy na końcu. Ale ja wiedziałem, że był to ktoś z naszych. Tam, gdzie ją znaleźliśmy, nie ma drogi, rozumiesz? To miejsce jest jak zasadzka, nie jest dla przechodniów. Musisz iść specjalnie, żeby tam trafić. I ten, który to zrobił, wiedział o tym i dlatego ją tam właśnie ukrył. Co będę cię dłużej męczył, to nie ma znaczenia. Wtedy odpowiedzi nie znalazłem. A później wyjechałem.

W Azji Mniejszej na początku nie byliśmy na pierwszej linii, z czasem jednak wysłali tam i nasz oddział. Ale nie twórz sobie jakichś strasznych obrazów w głowie. Turcy szybko się wycofywali. Od czasu do czasu tylko kilka strzelb, kiedy wpadliśmy akurat na tsetów [tureccy partyzanci], którzy zostali w tyle, ale nie było to poważne zagrożenie. Było jednak okrutnie. Mieliśmy rozkazy, żeby wyrzucić Turków z okolicy, a takich spraw nie załatwia się uprzejmościami. Może powiem inaczej, kosiliśmy i sialiśmy solą. Nikt ci nie powie, co tam robił, ale, Adonisie, zapomnieliśmy, jak to jest być człowiekiem. Czasami widzę na ulicy tych, którzy wrócili z mojego rzutu, i myślę sobie, że widziałem na własne oczy, co robił każdy z nich, i dreszcz mnie przechodzi. No ale znowu, może ja byłem inny? Jedyne co, to nie zhańbiłem kobiety, i nie dlatego, że o tym nie myślałem, ale za każdym razem przychodziła mi do głowy siostra i nie mogłem.

Jak mówię, widziałem wiele, tyle, że człowiek na to wszystko patrzy, staje się obojętny i już więcej nie widzi, ale pewnego dnia ja i dwóch innych weszliśmy do jakiegoś domu szukając broni, i znaleźliśmy w środku jedynie kobiety. Jedna staruszka i jedna młoda dziewczyna. Matka i córka. Mówiły, co mówiły, a my na to nic. Przewróciliśmy wszystko do góry nogami, żeby znaleźć broń. Kłamstwa. Chcieliśmy ich wyrzucić i szukaliśmy powodu. W pewnym momencie wyszedłem z jednym, jesteśmy w stajni i zabijamy zwierzęta, słyszę krzyki z domu. Zero reakcji. Znowu i znowu. W końcu kończymy, co mamy do roboty, i kiedy wracamy, widzę tego trzeciego, jak wychodzi z domu. Stary, co jest, mówię. Uśmiecha się do mnie i mówi, sama tego chciała, dziwka, porządnie ją ukarałem. I dobrze zrobiłeś, mówię, ale wtedy mój wzrok pada na jego ręce. W jednej trzyma nóż, a w drugiej dwa ucięte warkocze. Musisz wiedzieć, że kiedy dookoła działy się takie rzeczy, różne nawyki wychodziły na jaw. Jeden odcinał sutki, innemu podobało się, jak zabierał ze sobą kawałek jej ubrania. Ale takiego nawyku jeszcze nie widziałem. Zacząłem coś podejrzewać. Myślę, tak mi się pewnie tylko zdaje. Dzieją się czasem dziwne rzeczy.

Po drodze, jak wracaliśmy do obozu, widzę go, jak robi zamach i rzuca warkocze w krzaki. Przeszedł mnie dreszcz, jakby rzucił mi je prosto w twarz i wtedy postanowiłem trzymać go przy sobie i mu się przyjrzeć. Nie było to zbyt trudne, bo w oddziale ja, on i innych dziewięciu, wszyscy byliśmy z jednej wsi i dlatego nie wydawało się dziwne, że zacząłem się z nim bardziej zadawać. Z czasem zaczęliśmy nawet, jak się mówi, jeść z jednej menażki. Kiedy udało mu się coś ukraść, dzielił się ze mną. Kiedy ja coś ukradłem, to samo. I gdziekolwiek szliśmy, zawsze razem. Filip i Nataniel. Tak o nas mówili. I tam, kiedy tak wszystko robiliśmy razem, dowiedziałem się o wszystkich jego przyzwyczajeniach i nawykach. Ale to największe, którego nie ukrywał, to były kobiety. A że tam, gdzie byliśmy, nie było dziwek, były miejscowe dziewczyny. Za każdym razem, kiedy je gwałcił, za każdym razem ucinał im warkocze. Nie zachowywał ich jednak. Zawsze je później wyrzucał.

Kiedy to zobaczyłem, Adonisie, i upewniłem się, mówię sobie, muszę zabić go teraz, póki tu jesteśmy. Widzisz, byliśmy na wojnie i mogło się wszystko wydarzyć. Jednego dnia byłeś, drugiego cię już nie było. Mówię, musi mi się udać, nawet gdyby mieli mnie rozstrzelać, kiedy to się wyda. Nie chciałem złamać obietnicy. W tamtej chwili stwierdziłem, zaatakuję go, rozwalę mu łeb tu, na miejscu. Ale się powstrzymałem, bo mówię sobie, ustalę najpierw plan, żebym był pewien. Żebym czasem nie popełnił jakiegoś błędu i jeszcze przeżyłby zwyrodnialec jeden. Bo gdyby w pobliżu byli inni, mogliby zdołać go uratować z moich rąk.

Nie szukałem długo okazji. Dwa czy trzy dni później wysłali nas, żebyśmy doszczętnie spalili wieś niedaleko Alasehir. Powiedzieli, żeby nie ostał się ani jeden kamień. Żeby nikt nie przeżył. Zrobiliśmy, co mieliśmy zrobić, i w drodze powrotnej odciągam go nieco od pozostałych i mówię mu to i to, powiedział mi jeden Turek, że ma ukryte złote liry i pokaże mi je, jeśli go oszczędzę. I co zrobiłeś, pyta. Powiedziałem, że go oszczędzę, jeśli mi powie, gdzie są; powiedział i wtedy go sprzątnąłem. Musimy postarać się wrócić i to sprawdzić. No, mówi. Kiedy wróciliśmy, idę poszukać dowódcę i mówię mu to samo. Mówię, pozwól nam iść, a połowa będzie twoja. Dał mi wolną rękę, biorę sznur i dwie inne rzeczy, i tego drugiego, i ruszamy do wsi. W drodze był pełen radości. Mówił mi, co zrobi z tymi lirami, że kupi ziemię we wsi, którą dziewczynę weźmie za żonę, skoro będzie bogaty, i takie rzeczy. Ja udawałem głupiego i tylko go zachęcałem, żeby mówił dalej. Będziemy panami, podpuszczałem go, codziennie będziemy jeść mięso.

Kiedy dotarliśmy, pyta, gdzie kopać. Nie trzeba, mówię mu, widzisz, żebym niósł łopatę? Stary trzymał liry w wyschniętej studni. Dalej, choć za mną, to zobaczysz. Idę przed nim i docieram do jednego domu, który oznaczyłem tamtego ranka. Mówię mu, To tu. Widzisz? Przywiążesz mnie do sznura, zejdę na dół i kiedy dam ci znak, że je znalazłem, wciągniesz mnie z powrotem na górę. Tak jak powiedziałem, tak się stało. Odłożyliśmy broń, ściągnąłem torbę i całą resztę, mówię mu, dalej, przewiąż mi sznur dobrze wokół pasa, żeby się czasem nie rozwiązał, bo będzie po mnie. I kiedy odmierza i rozkłada mi ręce, uderzam go z główki, odpowiednio, w nos i mu go łamię. Zanim udaje mu się zrobić krok w tył, chwytam go za ramiona i uderzam jeszcze raz, a potem jeszcze raz i jeszcze raz, aż nie zalało mi czoła. Jakby zemdlał, chwytam go i związuję mu na plecach ręce i nogi. Ułożyłem go na boku i ocucam go wodą. W pewnej chwili otwiera oczy i chce coś powiedzieć. Zapomniałeś, że kobiety, które gwałcisz, mówię, mają i mężów, i braci. Nie było ci wstyd być moim przyjacielem po tym wszystkim, co zrobiłeś mojej siostrze. Patrzył na mnie jak głupek. Co się gapisz, mówię, że niby nie rozumiesz. Zaczyna jakieś szlochania, o czym ty mówisz, Takisie i takie tam. Potem udaje rozzłoszczonego i grozi, że kiedy się uwolni, słono za to zapłacę. Biję go i mówię, nie udawaj, że nie wiesz, o co chodzi, to i to z Sirmo zrobiłeś. Sporo czasu mi zajęło odnalezienie ciebie, ale teraz ci nie odpuszczę. Znowu zaczyna mówić, że nic nie zrobił i że kiedy Sirmo została zabita, on był w Megaplatano, z ojcem sprzedawał owce, kiedy wrócimy do wsi, mam iść go zapytać i sam zobaczę, że mówi prawdę. Mówię mu, że on stąd nie wróci, więc niech raz będzie mężczyzną i przyzna, co zrobił, bo tak czy inaczej zanim go zabiję, powie mi. I wtedy zaczyna się znowu płacz i mówi, że nie dobrał się do Sirmo i przysięga na ciało swojej matki, że mówi prawdę.

Całe lata, Adonisie, czekałem na chwilę, kiedy znajdę tego, który wyrządził krzywdę mojej siostrze. Całe lata dźwigałem ten ciężar jak kamień przy piersi. I teraz, kiedy go znalazłem, chce dodatkowo kłamstwami pozbawić moją siostrę honoru. Nie mogłem się powstrzymać. Kładę go na plecach, chwytam i wyrywam wszystkie zęby, jeden po drugim. I przy każdym zębie pytam, powiedz, no powiedz, co jej zrobiłeś. Płakał zwyrodnialec jak dziewucha, i dalej kolejne kłamstwa, aż nie zrozumiał, że nie mam zamiaru mu odpuścić, i mówi, zabiłem ją. Ale jej nie zhańbiłem. Daj mi spokój, a ja, kiedy wrócimy do wsi, zapłacę ci dokładnie za tę połowę krwi, jaką ci odebrałem. Tylko zostaw mnie, a ja ci przysięgam, co określa Kanun, dostaniesz. Mówię mu wtedy, Sirmo nie była połową krwi. Nie mam. Nie motr. Nie gjak [Jedna matka. Jedna siostra. Jedna krew]. Zostaw mnie, mówi, a obiecuję, że zapłacę jak za całą. Pieniądze tracą wartość w rękach, domy są zrównywane z ziemią, powiedziałem, po gjaku, gjaku wetet nie witra [Ale krew, krew pozostaje na zawsze]. Kanun nie tak mówi, odpowiada. A ja na to, nie wed ci gjemi nani, Kanuni nuk zihet, nieter wet, nieter thomi [Tu, gdzie jesteśmy teraz, Kanun nie dociera, inne miejsce, inaczej się zachowujemy]. Chwytam i wyciągam z torby patyk, jeden z tych, które mieliśmy do czyszczenia karabinów. Zaostrzyłem go wieczór wcześniej, żeby miał końcówkę jak przebijak. Sirmo umierała całe dwa dni. Gdybym mógł i ciebie bym tak wolno zabijał, mówię, spróbuję. Biorę kij, uderzam go w płuca przynajmniej w pięć, sześć miejsc, potem przewracam go na bok, kładę go na jednej ręce. Bitu nani i gjak, mówię, kur to gordes, to te hos’ ni kopre  [Udław się krwią (…), a jak zdechniesz, pochowam cię w gnoju.]. Usiadłem i obserwowałem, jak rzuca się jak ryba i otwiera i zamyka usta, żeby złapać powietrze. Zanim się udusił i zdechł, minęła godzina, ale i tak wydawało mi się mało, bo jedyne, co wtedy widziałem, to była moja droga Sirmo, wtedy, kiedy męczyła się w moich rękach, pod palącym słońcem. Później, jak przyrzekłem, przeciągnąłem go i pochowałem pod kupą gnoju. To był jego koniec.

Kiedy wróciłem do oddziału, powiedziałem dowódcy, że dopadli nas tseci, którzy szukali żywych wśród swoich i mocno w nas uderzyli. Ledwo im się wymknąłem,  powiedziałem. Drugiego wzięli na jeńca i kto wie, co się z nim stało. Wszyscy wiedzieli, że był moim przyjacielem, i mnie nie podejrzewali, sprawy też jakoś bardzo nie badali, bo dowódca bał się, że wyjdzie, że i on był w to zamieszany. Po tym wszystkim, co wydarzyło się później, nikt ani nie pamiętał kto, gdzie zginął. Zaginiony wśród zaginionych. Igła w stogu siana.

Wróciłem do wsi i wszyscy widzieli, jaki jestem zadowolony, myśleli, że to dlatego, że przeżyłem. Też dlatego, ale głównie dlatego, że spełniłem obietnicę daną siostrze. Poszedłem na jej grób i jej to powiedziałem. Śpij, moja Sirmo, powiedziałem. Uspokój się mamusiu. O wszystko zadbałem. Nie krzątaj się już tu, zostań, gdzie jesteś. I następnego dnia zaniosłem jagnię do tawerny barby-Nidasa, wziąłem braci i rodziców, żeby świętować, i niech myślą, że świętuję powrót. Tam widzi mnie ojciec tego zwyrodnialca, podchodzi do mnie i mówi, nie widziałeś gdzieś mojego syna tam, gdzie byliście razem? Wraca? Wiesz, gdzie jest? Odpowiadam mu więc i ja, twój syn leży gdzieś pod kupą gnoju. Tam właśnie jest. Zanosiło się na wielką bijatykę i kiedy nas rozdzielali, woła do mnie, ty nie jesteś człowiekiem. Ty jesteś kien i kieki [pies czarny]. I od tamtego zdarzenia tak to do mnie przylgnęło. Takis Kieni [Takis Pies].

Teraz, Adonisie, już wiesz, zdecyduj sam, czy chcesz mi dać swoją córkę, czy nie. Taka jest prawda. Ani nie jestem z tego dumny, ani się tego nie wstydzę. Zrobiłem to, co uznałem za dobre dla mojej rodziny. No to teraz ty uznasz, co jest dobre dla twojej.

Przeł. Dorota Jędraś

[Δημοσθένης Παπαμάρκος, Ντο τ’ α πρες κοτσσίδετε, Γκιακ, “αντίποδες” 2014, σσ. 9-22]

 

8 thoughts on “Dimosthenis Papamarkos – DO T’ A PRES KOTSSIDETE

  1. Opowiadanie wstrząsające. Kiedy pochylił się nad nią półżywą i nazwał mamą, łzy stanęły mi w oczach. Chętnie przeczytałabym więcej tego autora.

    Napisz też coś więcej o oryginale. Nie było tam w ogóle dialogów wyróżnionych? Bo tutaj jest tak… różnie, trochę niekonsekwentnie, raz dialog wpuszczony w narrację, raz wydzielony, a do tego wypowiedzi bohaterów w cudzysłowie. Ja ogólnie bardzo lubię taki strumien myśli i słow, nie przeszkadza mi całkowity brak dialogów i sama tak właśnie najczęściej piszę, jakby się zwyczajnie opowiadało. Jeśli tak było w oryginale, to tak powinno zostać 🙂 Wprawionego czytelnika taki typ narracji, nie ma prawa zdezorientować 😉

    P.S. W jednym miejscu jest literówka chyba. “Jakiś” zamiast jakichś [obrazów].

    Like

    • Literówka poprawiona! Dzięki! (zawsze coś umknie)

      Tak, w oryginale nie ma dialogów, żadnych cudzysłowów, myślników, nic i tak chciałam zostawić, ale niestety, konsultowałam sprawę z trzema redaktorami i każdy upiera się, że dialog to dialog, nawet w monologu. Autor też nie jest zachwycony, bo podobną walkę stoczył w Grecji, tam się udało. Niekonsekwencja to już moja wina, bo nie wiedziałam co z tym zrobić. Starałam się wzorować na Kompleksie Portnoy’a: pojedyncze wypowiedzi, oddzielone myślnikami, zostają w tekście, wspomnienie rozmowy zapisywane jest jako normalny dialog.

      Mam ogromną nadzieję, że wszyscy napiszą, żeby zlikwidować te dialogi i z wielką przyjemnością to zrobię (bo bez przesady, czytelnik aż tak łatwo się nie pogubi)! 🙂

      Like

      • Dokładnie. W sumie to powiem, że dziwi mnie ten upór redaktorów. Znam kilka – w tym polskich – współczesnych powieści i opowiadan, w których jest zapis właśnie takiegi języka mówionego, bądź monologu jako strumienia myśli. Nikt na siłę nie wciskał dialogów. Zastanawiam się teraz, czy ich autorzy i tłumacze też toczyli takie boje z wydawcami i w ilu książkach – wbrew intencji autora – to jednak zmieniono… W końcu to duża ingerencja w styl i oryginalność pisarza :/

        Like

    • dziękuję! więcej z tego zbioru niestety tylko po grecku, ale zapraszam do zapoznania się z innymi tekstami na stronie 🙂 (i do przekonywania wydawców, że literaturą nowogrecką warto się zająć 😉 )

      Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s