Ursula Foskolou

Ursula Foskolou urodziła się w Atenach w 1986 r. Zamieszczone tu tłumaczenia pochodzą z jej debiutanckiego zbioru opowiadań Το κήτος, wydanego w 2016 r. nakładem wydawnictwa „Kichli”. Autorka na co dzień zajmuje się grafiką oraz współpracuje z czasopismem literackim Frear.

Kitos to jeden z tych zbiorów, które najchętniej przetłumaczyłabym w całości. Wyjątkowo postanowiłyśmy z autorką, że na bloga trafią tłumaczenia aż trzech tekstów. Osobiście nie byłam w stanie zrezygnować z przetłumaczenia chociaż dwóch z dwudziestu pięciu krótkich opowiadań, które stanowią pierwszą część zbioru. Drugą część otwiera opowiadanie Elefsina. Chyba przyznacie, że grecka rodzina aż tak nie różni się od polskiej i tytułowa Elefsina mogłaby z łatwością zostać zastąpiona nazwą któregoś z polskich miasteczek.

 

Projekt bez tytułu(2)

Φωτο: Πάρις Ταβιτιάν/LIFO

 

Ursula Foskolou

 

ZMARLI

Wczoraj po południu, chwilę przed zachodem słońca, zaczęli wynurzać się zza drzew zmarli: biali, kościści, ale czyści. Pachnieli mydłem. Widziałam wujka, jak szedł wyprostowany, wąs zadbany, spodnie zaprasowane na kant i śnieżnobiałe rękawy, spięte w przegubie małą – rzeźbioną chyba – spinką z kości słoniowej. Ciągnął za sobą długą, jedwabną wstążkę z przyczepionymi puklami blond włosów. Pozostali patrzyli na niego ukradkiem, z ich oczodołów spływała zazdrość. Zamiast zapytać go, co dzieje się po śmierci, zaczęłam opowiadać mu o tobie: o gęstych, falowanych włosach, o małych płatkach uszu, które są jak krople czystej wody, i o zapachu twego ciała, który przylgnął do mnie i nie chce mnie opuścić. Potem poprosiłam go, kiedy będzie odchodził, by zabrał mnie ze sobą. Wzrokiem surowym – błyszczącym, choć pustym – dał mi znak, abym się nie spieszyła. Pokazał mi wstążkę, którą ciągnął za sobą, jakby w ten sposób mówił, że i tam, na górze, będzie mi ciebie brakowało.

 

 

DZIŚ WIECZOREM

Wielki i lśniący jak kuchenny nóż, odjeżdżający o ósmej pociąg przeciął pod nami ziemię na pół. Trzymałem twoją rękę beznamiętnie – by dzieci widziały – weszliśmy na most, może zdołamy, nim pociąg zniknie, uchwycić pył jego ostatniego westchnienia. Boję się, że dziś wieczorem – po wielu latach – będziemy się kochać. Rozbiorę cię jak dziecko i tam, na kanapie, na której będziesz leżała, z odbijającą się na twoich piersiach niebieską poświatą telewizora i ze zdjęciami dzieci na kredensie, wejdę w ciebie siłą, jakbym miał wybuchnąć. Materiał będzie ocierał się o nasze plecy i pomęczymy się przez chwilę, być może kończąc, zapłaczesz: za dziećmi, które odeszły, zniszczoną cerą, siwymi włosami i za mną. A ja obawiam się, że kłamiąc, powiem, że nadal cię kocham.

 

 

ELEFSINA

Pascha, nasz domek letniskowy, tętni życiem. W tym czasie, na obrzeżach Elefsiny, morze pachnie być może intensywniej, niż powinno, żółte stokrotki zaczynają okalać ogród, a pomiędzy nimi, grupami lub samotnie, maki cieszą się kilkoma dniami, jakie pozostały, nim rozwieje je wiatr. Co jakiś czas gwizd pociągu zakłóca spokój i jeśli zdążysz wyjść na podwórze, możesz zobaczyć jego ogon mijający ostatni dom. Salamina naprzeciw wydaje się kontynuacją brzegu, woda jest spokojna. Przy drodze, na śmierdzących benzyną blatach rybacy rozkładają oblepione małżami liny, a tawerny przyjmują ludzi pod wyblakłymi od słońca markizami. Wiesz, że po lewej ukrywają się stocznie, i jeśli wyciągniesz szyję, być może zobaczysz wraki statków, które jak ogromne przynęty, zjedzone przez rdzę i na wpół zanurzone zwisają z wysokich żurawi.

W domu mamy święto, jest Wielkanoc, przyjechaliśmy z Aten, by razem zjeść i posiedzieć trochę na wielkim tarasie, obserwując rozpościerające się przed nami morze. Mamy wielką huśtawkę – kanapa z kwiecistymi poduchami, brązowo-zielono-pomarańczowymi – która podtrzymywana jest przez dwa wysokie, białe, żelazne łuki. My, dzieci, siedzimy na niej, odbijamy się nogami od marmuru i huśtamy się w przód i w tył, dopóki pręty huśtawki nie dosięgną szyby i babcia nie krzyknie: „Co wam mówiłam!”. Cały czas kłócimy się, bo Jorgos huśta szybciej, Eleni wolniej, a ja w innym kierunku. Wtedy siedzenie buja się na boki i kręci nam się w głowie.

Dziadek krąży po ogrodzie, jak zawsze coś majsterkuje, brudny i spocony, z krzywo założonym kapeluszem i młotkiem w ręce. Przechodzi obok Anny, prawi jej sprośne komplementy, a ona z długimi kędzierzawymi włosami i nieobecnym wzrokiem czerwieni się i pochyla, żeby powąchać rosnący obok kamiennego murka koper włoski. Ucina garść i wkłada do kieszeni długiej i szerokiej spódnicy, która przypomina nieco wzburzone morze. Ciągle podciąga materiał, chodzi od rabatki do rabatki i kiedy do niej mówisz, nie patrzy na ciebie, ale jej wzrok przenika cię i ginie gdzieś za ogrodzeniem.

Wiatr co jakiś czas przynosi zapach morza. Akis i Dora przerywają wtedy spacer i oddychają głęboko. Dora ściska nieco mocniej ramię syna i przypomina sobie jego ojca, który zmarł w 1985. Akis nie rozumie, dlaczego się zatrzymują i ciągnie rękaw mamy, wyrzucając z siebie nieartykułowane dźwięki. „Uspokój się” odpowiada ona, a oczy syna pełne wstydu rozglądają się badawczo dookoła. Wtedy palcem serdecznym poprawia na nosie grube, ciężkie oprawki, mlaska, wkłada rękę do kieszeni i czeka. „Mały” ma czterdzieści lat, a Dora prawie siedemdziesiąt. Ona jest jedyną kobietą, jaką poznał, a on, teraz, jedynym już mężczyzną jej życia. My, dzieci, boimy się Akisa, mimo że cały czas chce się z nami bawić. Często widzimy w snach tego giganta o umyśle małego dziecka i jego wrzaski prześladują nas w koszmarach.

Babcia przechodzi obok Akisa i delikatnie poklepuje go po plecach. Ten uśmiecha się i odwraca wstydliwie. W rękach trzyma ruszt pełen steków i żeberek i idzie na tył domu, tam, gdzie jest grill. Przesuwa trochę węgiel, który już się rozżarzył, potem wzdycha i wierzchem dłoni ociera pot, który zaczyna ściekać jej z czoła. Przewiązana jest w pasie czystym fartuchem. Ten inny, który nosiła tyle dni, wrzuciła do brudów, bo „przyjdą goście”. Jej szyja pachnie mydłem, a ręce czosnkiem i cebulą. Rana na kciuku, pod kwadratową, przemoczoną gazą, jeszcze krwawi. Babcia myśli, że zrobiło się już późno, powinna była zacząć grillować wcześniej, ale kroiła ziemniaki, które trafią do pieca, no a poza tym nikt nie był tak uprzejmy, by jej pomóc, od tylu lat to samo. Rozpłakałaby się, ale nie ma czasu.

Psy sąsiadki, trzy kundle na łańcuchu w górnej części ogrodu, znowu robią zamieszanie. Kiedy przejeżdża samochód, szczekają jak opętane. Jakiś spóźniony krewny zajeżdża i parkuje za wielkim Roverem wujka Andreasa. Wujek jest jeszcze na zewnątrz, czegoś szuka w bagażniku, trzyma przezroczystą siatkę z pudełkiem profiteroli i dwiema wielkanocnymi chałkami, które kupił po drodze. Jego żona już weszła po schodach, usadowiła się na kanapie, a my, dzieci, szalone, latamy z kąta w kąt. Każde z nas trzyma pełen wody z płynem do mycia naczyń pomarańczowy pojemnik w kształcie dinozaura. Kawałek drutu, który zgięliśmy tak, by jego końcówka utworzyła kółko, zanurzamy w płynie, a potem dmuchamy delikatnie w dziurkę. Bańki, duże i małe, wylatują sprzed naszych buzi i podróżują daleko, nad sosnami i drzewami cytrynowymi, obok oleandrów i geranii, żeby pęknąć nagle, podczas lotu nad sąsiednią łąką.

Powietrze pachnie wtedy płynem, a nasze ręce troszkę się kleją. Zapomnieliśmy się i dinozaury zaczynają kapać. Marinos, brat mamy, przechodzi obok i śmieje się, chwyta Jorgosa za szyję i walczą jak dzieci. Zapach zbyt słodkich perfum, jakich używa, jest jeszcze wokół nas, nawet kiedy odchodzi, żeby znaleźć mojego ojca i z nim zapalić. Nie jest żonaty, dlatego my, dzieci go lubimy. Bawi się z nami, opowiada anegdoty i przymila się przy każdej nadarzającej się okazji. Potem wyjeżdża i nie widzimy go do kolejnych świąt. W domu się o nim nie mówi, mama denerwuje się, kiedy o niego dopytujemy, a babcia wzdycha. „Dajcie mu spokój, ma swoje towarzystwo”, mówi i spuszcza wzrok, przeciągając nieco dłużej słowo „towarzystwo”.

Odgłos sztućców i szklanek świadczy o tym, że powoli stół jest nakrywany, na środku koszyk z czerwonymi jajkami. Z domu poniżej dochodzi muzyka, klarnety i skrzypki, słońce jest teraz nad nami, zapach grillowanego mięsa i musztardy zaprasza do uczty. My nie słuchamy tradycyjnej greckiej muzyki ani nie pieczemy na rożnie; od rana z radia leci muzyka klasyczna, Cztery pory roku Vivaldiego, i ojciec gwiżdże, kiedy korkociągiem otwiera butelkę wina. Po cichu mam nadzieję, że usiądę obok wujka i daleko od Akisa, bo brzydzę się nim. Dzwoni komórka, mama odbiera i wszyscy patrzą z podziwem. Jest wielka jak but i nowa – z całej rodziny tylko ona mogła taką kupić. Dziadek patrzy z dezaprobatą, nie rozumie, jak to działa.

„Chrystus Zmartwychwstał!”, skorupki uderzanych o siebie jajek pękają jedna po drugiej. Anna i Dora szybko się poddają, Akis krzyczy szczęśliwy, mama nadal rozmawia przez telefon, a ojciec zmienia w radiu stację. Wujek Andreas pije pierwszą szklaneczkę czerwonego wina i nalewa pozostałym, podczas gdy jego żona szepcze: „nie powinien”. Dziadek robi zdjęcia, a babcia przynosi z kuchni półmiski z ziemniakami i mięsem, dwie duże misy sałaty i koszyczek z chlebem. My, dzieci, rozglądamy się i rozbujamy nogami dużą huśtawkę, pijąc coca-colę. Morze wydaje się spokojne, jak wcześniej, w oddali można dostrzec jakiś statek handlowy, Salamina pozostaje nieruchoma, a statki przynęty Elefsiny zwisają beztrosko. Nieco poniżej domu słyszymy przejeżdżający pociąg, jak ranne zwierzę gwiżdże osępiale – wtedy wszyscy milkniemy.

Przeł. Dorota Jędraś

 

[Ούρσουλα Φωσκόλου, Το κήτος, εκδ. Κίχλη, Αθήνα 2016, σσ. 12, 19, 39-44]

One thought on “Ursula Foskolou

  1. Te dwa krótkie opowiadania świetne. Jeśli w tomie jest więcej takich miniatur, to wcale się nie dziwię Twoim zachwytom. Może jednak pojawi się szansa na wydanie tekstów Foskolou po polsku. Byłoby wspaniale 🙂

    “Elefsina” to niby taka prosta opowieść, ale mam wtażenie, że doskonale rozumiem, co autorka chciała pokazać. Dwa razy w roku przeżywamy takie wielkie rodzinne święta. Ich inicjatorką jest moja mama. Za każdym razem obiecujemy sobie, że w tym roku święta będą wyjątkowe, planujemy, dopinamy na ostatni guzik… Kończy się jednak na rozczarowaniu i potwornym zmęczeniu. Ale błedne koło trwa…

    Like

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s